Stworze – pierwsze wrażenia

Lubię przygotować się do spotkań z grami. Jeśli sam ich nie organizuję, to zawsze sprawdzam tytuły zaproponowane przez pozostałych. Tym razem ustaliliśmy, że pojawi się pięć osób (święto!) i będzie to idealny moment, żeby przetestować kupioną niedawno przez organizatora przygodową grę w słowiańskich klimatach – Stworze. Niemal od razu zapalono jednak czerwoną lampkę — instrukcja jest beznadziejna i nie wiadomo do końca jak w to grać. Zgodnie z moim postanowieniem, sam zajrzałem do zasad. Jako że wszyscy mieli grać po raz pierwszy, ustaliliśmy, że sprawdzamy tylko sekcję podstawową. Nie wydała mi się przesadnie skomplikowana, chociaż muszę przyznać, że była napisana dość chaotycznie. Nie spodziewałem się jak bardzo będę zaskoczony podczas samej rozgrywki.

Zanim przejdę do zasad i samego przebiegu “przygody”, chciałbym ponarzekać trochę na wykonanie. Otóż wszystko jest w tym samym, beżowym kolorze z czarnymi detalami. Mapa, karty (samej gry, pomocy, postaci), drewniane żetony, kostki. Niektóre elementy kładzie się na mapie, więc w ogóle nic nie widać, wszystko się ze sobą zlewa. Większość ilustracji na kartach jest nieciekawa, bronią się tylko Stworza — jedyny kolorowy i dopracowany aspekt.

Najgorzej wypadają kości. Nie mają klasycznych oczek, ale coś w rodzaju śladów po zadrapaniach. Do wartości 4 są one równoległe, 5 oraz 6 to dodatkowe kreski w poprzek pozostałych (tak, to wyglądało tak samo niejasno, jak to zdanie). Jednak najgorsza, NAJGORSZA RZECZ to wartości 2 i 3. Dlaczego? Bo na obu ściankach są… 3 “drapnięcia”. Jedno z nich jest niby krótsze (przy wartości 2), ale przy i tak nieregularnych kształtach tych symboli wprowadza to spory chaos.

Drugim momentem, w którym złapałem się za głowę, było wręczenie kart pomocy. Jakość porównywalna do ulotki najtańszej pizzerii na osiedlu, która w ofercie ma również “hamburgera” z kiszoną kapustą. I nie ma w tym za grosz przesady. Ostatecznie nie korzystałem z niej w ogóle z obawy o zniszczenie.

Sama rozgrywka była nudna, za długa, nie czułem żadnej “przygody” czy jakiegokolwiek oddziaływania mojego Stworza na mieszkańców krainy. Zadania sprowadzały się do przejścia w dane miejsce, wykonania testu, sprawdzenia warunku wykonania misji i przekazania pałeczki kolejnemu graczowi. Wszystko było płaskie i suche, nieuzasadnione żadną historią, a raczej tym „czy zdanie tego i tego testu w takich warunkach spowoduje zakończenie mojej misji?”. Niektóre karty zadań odwoływały się do zasad zaawansowanych, ale nie były oznaczone, więc musieliśmy je odrzucać. Niektórych zasad (np. na temat wytrzymałości) nie znaleźliśmy w ogóle, więc improwizowaliśmy (albo znów szukaliśmy w sekcji zaawansowanej). Gdy gra dobiegła końca, wszyscy byli bardziej wdzięczni, niż przejęci porażką (lub zwycięstwem). Podczas pakowania komponentów w ciszy padła tylko informacja, że powstaje druga edycja…

Z pozytywów znalazłem jedną mechanikę: podczas poruszania się po mapie, dokłada się do wiosek zakryte żetony Strachu lub Przychylności. Później w ramach akcji można założyć (dokładając już jawnie inny żeton), który element będzie przeważający. Jeśli w okolicy pojawi się piąty symbol, odwraca się wszystkie i sprawdza z naszym założeniem. Jeśli się powiodło, aktualna misja wykonuje się automatycznie. Niestety! Mimo iż jest to pozytyw, nie zmienia on faktu, że więcej emocji doświadczyłbym pewnie podczas gry w pokera.

PS.
Następnego dnia znalazłem w sieci radę, żeby zacząć od razu z zasadami zaawansowanymi, że gra nabiera wtedy tempa i nie wydaje się “nijaka”. Chętnie bym to sprawdził, ale:
1. Nie wiem kiedy uda nam się zebrać podobną grupę.
2. Jeśli się uda, prawdopodobnie wybierzemy inny tytuł.