Autor: Grzesiek

wrzesień 2017

I znów nastał ten czas, kiedy warto udowodnić, że blog, wydawałoby się równie żywy jak ptak dodo, kryje w sobie jeszcze wątłą iskierkę przetrwania. Ostatnimi czasy mieliśmy problem z regularnym pisaniem, ale podobnie jak w poprzednim sezonie, tak i teraz nadchodzący koniec roku, długie, znacznie chłodniejsze wieczory wzmagają potrzebę uporządkowania myśli, podzielenia się nimi ze światem, a nade wszystko wzbudzają jakieś poczucie winy z powodu kolejnych zaniedbanych spraw. Choć pisać nie ma kiedy, to jednak zdarza mi się grać, w dodatku dosyć często jak na to, do czego zdążyłem się przyzwyczaić. W dalszym ciągu są to głównie rozgrywki solo, ale coraz częściej i to w sposób bardzo udany do zmagań przy planszy zasiada ze mną siedmiolatek. Dzisiejszy wpis będzie krótkim podsumowaniem planszowego miesiąca. Nie łudźmy się – na długie recenzje czasu nie ma.

Capital – pattern city building

 

W roku 1999 studio Maxis zaprojektowało grę komputerową Sim City 3000, którą pokochałem od pierwszego kliknięcia. Spędzałem całe godziny wyznaczając kolejne dzielnice mieszkaniowe, handlowe, zapraszając brudne gałęzie przemysłu, które miały załatać dziurę budżetową powstałą wskutek budowy monumentalnych budynków na miarę własnego, burmistrzowskiego ego. W skrócie – wodociągi były zawsze przekombinowane, sieć transportowa nie działała jak powinna, mieszkańcy jak to mają w zwyczaju narzekali, klęski żywiołowe, pożary i przestępczość siały spustoszenie. Wszystko to brzmi jak idealny symulator życia miejskiego, którego godnego następcę próbuję od jakiegoś  już czasu znaleźć.

Przepraszam Cię Uwe!

Kiedy wiele lat temu sięgałem po Eurobiznes, Hamburgera, czy inne wykwintne gry mego dzieciństwa, nigdy nie myślałem o tym, że tytuły te muszą mieć przecież autora. Kogoś, kto wymyślił zasady i tchnął w nie odrobinę geniuszu. Na pudełkach nigdy się tym nie chwalono – Eurobiznes, to był po prostu Eurobiznes – autor N.N. i nie należało drążyć tematu. Potem nastały ciekawe czasy i autorzy wyszli z ukrycia (lub zostali wypuszczeni z piwnic przez przetrzymujących ich wydawców), a na pudełkach pojawiły się ich nazwiska. Twórcy zaczęli zbijać swój kapitał, pracować na swoją markę. 

Dlaczego gram sam i wcale nie jest mi smutno

Ktoś czytający tego bloga może odnieść wrażenie, że moje hobby ogranicza się do rozgrywek toczonych gdzieś w ukrytej jaskini na wyspie Samotności. Nie jest to cała prawda, ale faktycznie z powodu trudności w umówieniu się na granie z kolegami (tak, wiem, mogłem się nie wyprowadzać z miasta ;-)), wariant solo jest dla mnie czymś mile widzianym, a im bardziej emocjonujący tym lepiej.

Dodatki – urozmaicenie gry czy piekło kolekcjonera

dodatki_img_1535

Jesień to zdecydowanie najlepszy czas do wszelkiego rodzaju przemyśleń, pytań o życie, wszechświat i całą resztę. Jest to też czas gromadzenia zapasów, by nie zmarnieć na przednówku. Planszówkowicz zapasy gromadzi systematycznie, przez cały rok i zimy się nie boi. Zima zresztą jest tak samo dobrą porą gromadzenia, jeśli nawet nie lepszą, bo przecież okazji do otrzymania wszelkiego rodzaju dóbr jest niemało. Poza nowymi tytułami, które Planszówkowicz z mniejszym, bądź większym powodzeniem przyswoi (tu odsyłam do mych wcześniejszych przemyśleń o sytuacji, gdy powodzenie jest mniejsze), wymyślono jeszcze coś takiego, co nazwano DODATKIEM. Zrobiono to, zdaje się, by ostatecznie Planszówkowicza pognębić.