Autor: Jan

Nie cierpię Eurogier

Popularne Euro to gry z pozoru idealne. Dbałość o estetykę, ciekawie osadzona tematyka, minimum losowości oraz wysoka regrywalność dzięki mnogości możliwych strategii. W czym więc problem? Zanim wyjaśnię, definicja eurogry za wikipedią:

(…) gatunek gier planszowych, które charakteryzują się względnie prostymi zasadami, relatywnie krótkim czasem gry, dość wysokim poziomem abstrakcji oraz bardzo ograniczoną interakcją między graczami. Projektanci tego rodzaju gier starają się wyeliminować element losowy i skupiają się na odpowiednich strategiach i optymalizacji ruchów, gdzie każdy z graczy zdobywa najczęściej punkty zwycięstwa i uczestniczy w rozgrywce do końca.

Problemem dla mnie jest wymieniony wysoki poziom abstrakcji, a raczej sposób jej zastosowania. Przykładowo, mój ukochany Napoleon’s Triumph to jedna wielka abstrakcja – po planszy przesuwamy drewniane bloczki symbolizujące piechotę, kawalerię oraz artylerię. Każdy bloczek ma na sobie od jednego do trzech znaczków symbolizujących ich siłę, czyli jednocześnie wielkość, morale, zmęczenie itd itp. W walce olbrzymia grupa jednostek może zostać rozbita w puch przez małe ugrupowanie, co dla wielu graczy wydaje się absurdalnym i niezwykle abstrakcyjnym wymysłem.

Na czym więc polega różnica? Na tym, że absolutnie każda zasada w przykładowym NT ma swoje uzasadnienie, stara się reprezentować pewne schematy, ograniczenia i wydarzenia z Bitwy pod Austerlitz. Np. to, że jednostki były praktycznie jednorazowego użytku, albo to, że pojedyncze starcia niosły za sobą mało strat, dążyły jedynie do przełamania przeciwnika, który widząc załamanie pierwszych szeregów momentalnie brał nogi za pas. Te i inne niuanse gra stara się zamknąć w abstrakcyjne zasady, które jednak – nawet jeśli wymagają wytłumaczenia – da się zrozumieć.

Dlatego krew mnie zalewa, kiedy siadam do gry, która daje X punktów za wyhodowanie marchewki, a Y punktów za wyhodowanie ziemniaka. Jeszcze gdyby te punkty regulował jakoś rynek, ale nie. Albo płać więcej za to, że wykorzystałeś trzech żółtych robotników i jednego zielonego, a mniej jeśli pięciu zielonych. Zasady Eurogier logiką często przypominają komputerowe przygodówki – uderz szczotką toaletową sąsiada w brzuch, wyskoczy mu ząb, który połóż na kominku, a przyjdzie mrówka i zabierze ząb zostawiając…. No można tak, niektórym to nawet przynosi radochę, ale to jednak nie moja bajka.

Wielka szkoda, że tak często w grach abstrakcje nie ukrywają mechanizmów z tematyki w której osadzony jest tytuł, a są jedynie kolejną bezduszną opcją na trzepanie pezetów. W zasadzie, większość z nich można pozbawić pięknej grafiki i grać na czarno-białym prototypie z domowej drukarki. Powinno się nawet grać lepiej, bo pozbawi graficznych przeszkadzajek, które jedynie utrudniają skupienie się na abstrakcjach.

Pytanie, czy takich gier chcemy?

Rommel in the Desert – część 1

rommelKlasyki gier planszowych dzielą się na dwa rodzaje – jedne pozostają niedoścignionym wzorem i wciąż bawią kolejne pokolenia graczy, a te drugie… cóż, lepiej ich nie ruszać. Są jak wiele rzeczy z dzieciństwa – dobrze wyglądają jedynie we wspomnieniach, na stole zaczynają razić topornością i nie mam tu na myśli oprawy graficznej.

Kilka lat temu, gdzieś na początku swojego romansu z grami planszowymi, zacząłem intensywnie szukać ciekawych tytułów. Interesowała mnie szczególnie tematyka wojenna i dość szybko na liście życzeń pojawił się tytułowy Rommel in the Desert – klasyczny przedstawiciel bloczkowych wargame’ów od Columbia Games. Oryginalna wersja powstała w 1984 roku, co czyni ją starszą od autorów tego blogaska oraz innego klasyka gatunku opisywanego niegdyś przez berniego – Hammer of the Scots. My graliśmy w drugą (i ostatnią póki co) edycję z 2004, czyli też dość wiekową.

Conflict of Heroes – Samotna partyzantka

17 października 1941, godzina 8:25 – okolice Pryłuki, ok 150 km na wschód od Kijowa

coh_solo_01

Oberleutnant Helmut von Oppeln-Bronikowski zatrzymał się na chwilę by dokładnie przyjrzeć się drodze na wprost niego. Awans miał na wyciągnięcie ręki, wystarczyło tylko dorwać te niedobitki z Kijowa, które grasowały obecnie po lasach. Miał jednak złe przeczucia i dlatego postanowił działać ostrożnie…

Krótki poradnik dla Mistrzów Instrukcji

Najgorsze trzy etapy gry – czytanie instrukcji, tłumaczenie zasad i kurzenie się pudełka na półce. Z tym trzecim pomagają w telewizji śniadaniowej, z tym pierwszym w szkole podstawowej, tutaj zastanowimy się co zrobić z niecierpliwymi rywalami w zbliżającej się rozgrywce.

Dobry wstęp wymaga żartu, ewentualnie suchara, więc powiem, że zadanie mamy ułatwione, kiedy gramy w wariant solo. W ten gładki sposób przechodzimy do punktu pierwszego.