Jerseycon idzie na wojnę

Pechowy ze mnie gracz. Mój ulubiony gatunek planszówek to gry wojenne, a te wymagają zwykle do rozgrywki dwóch graczy. Ni mniej, ni więcej. Pech polega na tym, że zdecydowana większość moich przyjaciół od kufla planszy preferuje rozgrywki wielosobowe, a zapach napalmu o poranku w najlepszym wypadku nie robi na nich wrażenia. W najgorszym powoduje odruch wymiotny. Pech polega na tym, że mój ulubiony gatunek gier docenia regularność w rozgrywkach, by płynnie poruszać się w zasadach i odkrywać głębię możliwych strategii. W końcu, pech polega na tym, że mój ulubiony gatunek gier jest zwykle dość czasochłonny, a tytuły wymagające poświęcenia 2-3 godzin kwalifikują się do tych szybszych.

Czasami jednak i do pechowca uśmiechnie się słońce, a na kości wypadnie sześć oczek. W miniony weekend, wraz z Grześkiem, udało się – tradycyjnie i pechowo ze sporym opóźnieniem – odkurzyć (albo pozbawić folii) trzy tytuły: Fields of Despair, Wilderness War oraz Heroes of Normandie. Co prawda pojedyncze – jeśli nie dziewicze – rozgrywki to zdecydowanie za mało na recenzję, ale przedstawienie każdego z tytułów w telegraficznym skrócie, wraz z pierwszymi wrażeniami raczej im nie zaszkodzi. Tym bardziej, że odbiór był pozytywny.

7 Cudów Świata

7 Cudów Świata miałem na radarze… w zasadzie odkąd zacząłem interesować się grami planszowymi bardziej “na poważnie”. Polecana przez znajomych, przez wszystkie listy “essential games for beginners”. Na moje szczęście (a czasem nieszczęście), zanim coś kupię, dziesięć razy się zastanawiam. I tak minęły 4 lata, a ja 7 Cudów ostatecznie dostałem w prezencie pod choinkę. Czas więc, żeby coś o grze napisać (bo jak zacznę się nad tym zastanawiać, to usłyszymy się za kolejne 4 lata).

A Few Acres of Snow

Nie ma wielu gier, do których wracałbym równie chętnie, jak do A Few Acres of Snow. W przeciągu minionych 7 lat od wydania, niczym targana morskimi falami bezbronna łupina orzecha tytuł ten przybliżał się do mnie, to znów oddalał, popadając niemal w zapomnienie. Zawsze jednak myśl o nim nieśmiało tliła się gdzieś z tyłu głowy i co pewien czas powracała, rozpalając pragnienie powtórnego sięgnięcia. Do dziś jest to gra, w którą – obok Brassa – zagrałem najwięcej razy, i którą mimo upływu czasu bardzo cenię.

Planszowe cele 2018

PSGP dwa dni temu obchodziło swoje trzecie urodziny. Hip hip! Z okazji Nowego Roku chciałbym życzyć wszystkim Czytelnikom – a więc mamie, Jankowi i Jackowi… (to żart, moja mama nie wie o istnieniu tego bloga) – wszelkiego dobrodziejstwa jakie sobie wymarzą. Nie mogę powiedzieć żebyśmy byli jakoś specjalnie prężnym serwisem, bliżej nam raczej do oposów w stanie zagrożenia niż gepardów w pogoni, ale próbujemy, staramy się i jakiś dorobek mamy. Jako, że nastał czas noworocznych postanowień i ja postanowiłem coś postanowić. Już kiedyś miewałem plany, w roku 2014 miałem zamiar rozegrać 100 partii – skończyło się chyba na 31. W roku 2015 rozpocząłem prowadzenie bloga – rezultat widać gołym okiem (no próbujemy, no). W 2016 Jacek zachęcił mnie do stworzenia listy 10×10 solo (czyli co najmniej 10 samotnych rozgrywek w każdy z 10 wybranych tytułów). Wybrałem dzielnie 10 gier, później zmieniłem kilka z nich (to nazwałem urealnieniem), a ostateczny wynik mojego 10×10 solo wyniósł… 2. W 2017 porzuciłem wszelkie postanowienia i muszę przyznać, że wyszło idealnie. Niemniej 2017 jest już rokiem starym, a ja mam jeszcze co nieco do udowodnienia. Rok 2018 będzie stał pod znakiem gier wojennych!

Pionek XXVIII

Wśród wszelkich imprez planszówkowych, na których dane mi było być, Pionek zawsze zajmował w mym sercu miejsce szczególne. Być może dlatego, że był “tym pierwszym”, który odwiedziłem. Być może dlatego, że wyjazd na Śląsk, choć wyprawą polarną nie jest, to ma w sobie znamiona podróży, do której trzeba się przygotować, powziąć plany i przygotować bieliznę na zmianę. Jeśli dobrze liczę, był to mój piąty wyjazd (co przy imponującej liczbie 28 widniejącej przy ostatniej edycji może nie robić wrażenia) i w związku z tym konwent w Gliwicach/Zabrzu jest najczęściej przeze mnie odwiedzaną imprezą (nie liczę Jerseyconów, bo tu wyjazd ogranicza się do przejścia z kanapy do stołu i zaczekania na kolegów – i upieczenia ciasta! przyp. Jan). Pionek to fantastyczne miejsce do poznania nowych tytułów, zagrania w dawno nieruszane “półkowniki”, a przede wszystkim do spotkania z innymi ludźmi. Pionek to nie tylko dwudniowe spotkanie graczy na dużej sali, bo gdy gasną ostatnie światła i dzień imprezy zbliża się ku końcowi, w okolicznych hotelach zaczyna się swoiste pionkowe “afterparty”, które trwa do późnych godzin nocnych, a w niektórych przypadkach wczesnoporannych. Noc przy planszy, w mniej gwarnej atmosferze, przy dobrym trunku dostarcza wspaniałych wrażeń. Następnego ranka człowiek budzi się zmęczony, ale i szczęśliwy – zwłaszcza, jeśli jest w stanie sobie przypomnieć jak przebiegała miniona noc. Poniżej przedstawiamy wrażenia redakcji z rozgrywek w poszczególne tytuły.