Dodatki – urozmaicenie gry czy piekło kolekcjonera

dodatki_img_1535

Jesień to zdecydowanie najlepszy czas do wszelkiego rodzaju przemyśleń, pytań o życie, wszechświat i całą resztę. Jest to też czas gromadzenia zapasów, by nie zmarnieć na przednówku. Planszówkowicz zapasy gromadzi systematycznie, przez cały rok i zimy się nie boi. Zima zresztą jest tak samo dobrą porą gromadzenia, jeśli nawet nie lepszą, bo przecież okazji do otrzymania wszelkiego rodzaju dóbr jest niemało. Poza nowymi tytułami, które Planszówkowicz z mniejszym, bądź większym powodzeniem przyswoi (tu odsyłam do mych wcześniejszych przemyśleń o sytuacji, gdy powodzenie jest mniejsze), wymyślono jeszcze coś takiego, co nazwano DODATKIEM. Zrobiono to, zdaje się, by ostatecznie Planszówkowicza pognębić.

Dodatek w szlachetnym założeniu ma przedłużyć życie grze. Jeśli lubię jakiś tytuł, to z wypiekami na twarzy zakupię również coś, co ów tytuł odświeży. Sytuacja wydaje się piękna: lubię grę – kupuję dodatek – lubię grę bardziej, cieszę się nią dłużej. W czym tkwi problem? Ano w tym, ile zdążyłem już zgromadzić. W wariancie optymalnym gram często i mam tyle gier, że jeden tytuł ma szansę trafić na stół więcej niż kilka (powiedzmy 5 dla lepszego oglądu) razy do roku. Wtedy kupowanie dodatków ma sens, bo faktycznie wprowadzą coś nowego. W wariancie rzeczywistym gram bardzo mało, tyle co kot napłakał (choć ja już z tego powodu nie płaczę – odwodniłem się). Skoro nie gram często, pojedyncze tytuły mają małą szansę pojawić się na stole w czasie na tyle sensownym, aby rozpoczęcie kolejnej partii nie wymagało zapoznawania się z grą niemal od zera. W takim wypadku dodatków nie potrzebuję, bo gra nie zdąży się „zużyć”, rozgrywka nie będzie schematyczna i nie zdąży się znudzić. Sytuacja nie jest taka zła, w końcu zwiastuje ulgę dla portfela, o ile… O ile wciąż jestem graczem – sporadycznym, ale graczem, a nie zbieraczem.

Doskonale wiem, że nie potrzebuję wszystkich dodatków do Carcassonne, bo do w pełni satysfakcjonującej rozgrywki wystarczą dwa pierwsze. Mało tego – wprowadzenie większej liczby dodatków na raz powoduje, że tzw. „gra na wejście” staje się niegrywalnym potworkiem, którego zasad nikt nie ogarnie. Podobnie wiem, że przecież nie gram w Neuroshimę Hex na tyle często, abym musiał posiadać wszystkie armie – ale przecież można je kupić „przy okazji” innych zakupów i nikomu nie zrobią krzywdy, a może nawet dobiją koszyk do darmowej wysyłki.

Tylko jedna rzecz jest w stanie zniechęcić mnie  do dodatku. Nie lubię, gdy dodatek zastępuje rzeczy z podstawki. No przecież nie po to kupiłem grę podstawową, żeby ktoś mi coś z niej usuwał i podmieniał. Ogromny niepokój budzą we mnie też wszelkiego rodzaju promoski, dodatkowe kafelki, żetony i mini-dodatki. Te potrafią przyrastać lawinowo, a problemem jest już choćby zliczenie ile ich tak naprawdę wydano.

Ogromna ilość wychodzących dodatków potrafi pognębić tak ekonomicznie jak psychicznie. Z drugiej strony, co ja bym zrobił bez dodatków? Ano groziłoby mi to, czego każdy Paszczak boi się najbardziej – że moja kolekcja zrobi się pełna i nie będzie już czego zbierać. To by było najgorsze!

dodatki_img_1539

  • Jacek

    Dodatki są wyłącznie po to, żeby je MIEĆ. Niekonicznie grać.

  • Dodatki wymieniające rzeczy z podstawki bolą podwójnie – po pierwsze to najczęściej przyznanie się do winy, że pewne elementy nie działają jak należy, albo da się je zrobić lepiej. Po drugie – taka podstawka automatycznie staje się wybrakowana i trudniejsza w sprzedaży bez dodatków, a wręcz niemożliwa po wypuszczeniu wszelkiego rodzaju odświeżonych boxów (patrzę na ciebie 51. Stanie).