Kategoria: Sesje

Wojna o Pierścień #1

Drużyna zorganizowana w Rivendell, siły Cienia rozprzestrzenione po całej północno-zachodniej części Śródziemia. Właśnie miały rozstrzygnąć się losy świata. Obrotu, jaki przybrały sprawy nie spodziewała się żadna ze stron.

Jerseycon idzie na wojnę

Pechowy ze mnie gracz. Mój ulubiony gatunek planszówek to gry wojenne, a te wymagają zwykle do rozgrywki dwóch graczy. Ni mniej, ni więcej. Pech polega na tym, że zdecydowana większość moich przyjaciół od kufla planszy preferuje rozgrywki wielosobowe, a zapach napalmu o poranku w najlepszym wypadku nie robi na nich wrażenia. W najgorszym powoduje odruch wymiotny. Pech polega na tym, że mój ulubiony gatunek gier docenia regularność w rozgrywkach, by płynnie poruszać się w zasadach i odkrywać głębię możliwych strategii. W końcu, pech polega na tym, że mój ulubiony gatunek gier jest zwykle dość czasochłonny, a tytuły wymagające poświęcenia 2-3 godzin kwalifikują się do tych szybszych.

Czasami jednak i do pechowca uśmiechnie się słońce, a na kości wypadnie sześć oczek. W miniony weekend, wraz z Grześkiem, udało się – tradycyjnie i pechowo ze sporym opóźnieniem – odkurzyć (albo pozbawić folii) trzy tytuły: Fields of Despair, Wilderness War oraz Heroes of Normandie. Co prawda pojedyncze – jeśli nie dziewicze – rozgrywki to zdecydowanie za mało na recenzję, ale przedstawienie każdego z tytułów w telegraficznym skrócie, wraz z pierwszymi wrażeniami raczej im nie zaszkodzi. Tym bardziej, że odbiór był pozytywny.

Pionek XXVIII

Wśród wszelkich imprez planszówkowych, na których dane mi było być, Pionek zawsze zajmował w mym sercu miejsce szczególne. Być może dlatego, że był “tym pierwszym”, który odwiedziłem. Być może dlatego, że wyjazd na Śląsk, choć wyprawą polarną nie jest, to ma w sobie znamiona podróży, do której trzeba się przygotować, powziąć plany i przygotować bieliznę na zmianę. Jeśli dobrze liczę, był to mój piąty wyjazd (co przy imponującej liczbie 28 widniejącej przy ostatniej edycji może nie robić wrażenia) i w związku z tym konwent w Gliwicach/Zabrzu jest najczęściej przeze mnie odwiedzaną imprezą (nie liczę Jerseyconów, bo tu wyjazd ogranicza się do przejścia z kanapy do stołu i zaczekania na kolegów – i upieczenia ciasta! przyp. Jan). Pionek to fantastyczne miejsce do poznania nowych tytułów, zagrania w dawno nieruszane “półkowniki”, a przede wszystkim do spotkania z innymi ludźmi. Pionek to nie tylko dwudniowe spotkanie graczy na dużej sali, bo gdy gasną ostatnie światła i dzień imprezy zbliża się ku końcowi, w okolicznych hotelach zaczyna się swoiste pionkowe “afterparty”, które trwa do późnych godzin nocnych, a w niektórych przypadkach wczesnoporannych. Noc przy planszy, w mniej gwarnej atmosferze, przy dobrym trunku dostarcza wspaniałych wrażeń. Następnego ranka człowiek budzi się zmęczony, ale i szczęśliwy – zwłaszcza, jeśli jest w stanie sobie przypomnieć jak przebiegała miniona noc. Poniżej przedstawiamy wrażenia redakcji z rozgrywek w poszczególne tytuły.

wrzesień 2017

I znów nastał ten czas, kiedy warto udowodnić, że blog, wydawałoby się równie żywy jak ptak dodo, kryje w sobie jeszcze wątłą iskierkę przetrwania. Ostatnimi czasy mieliśmy problem z regularnym pisaniem, ale podobnie jak w poprzednim sezonie, tak i teraz nadchodzący koniec roku, długie, znacznie chłodniejsze wieczory wzmagają potrzebę uporządkowania myśli, podzielenia się nimi ze światem, a nade wszystko wzbudzają jakieś poczucie winy z powodu kolejnych zaniedbanych spraw. Choć pisać nie ma kiedy, to jednak zdarza mi się grać, w dodatku dosyć często jak na to, do czego zdążyłem się przyzwyczaić. W dalszym ciągu są to głównie rozgrywki solo, ale coraz częściej i to w sposób bardzo udany do zmagań przy planszy zasiada ze mną siedmiolatek. Dzisiejszy wpis będzie krótkim podsumowaniem planszowego miesiąca. Nie łudźmy się – na długie recenzje czasu nie ma.

4. Jerseycon – 30.04.2016

Wiosna. Tłum legnie na ulice, z kątów wypełza, świętuje wiosnę w mieście, jurne święto, w szynkach narożnych pije i chuciom swym dogadza. Pogoda nęci, coś ciągnie w naturę, przyrodę bujną, świeżą, soczystą. Głowa szumem zachodzi od barw, zapachów i światła. Każdy rozsądny planszówkowicz w taką pogodę woli zostać w domu, skryć się w cieniu, przeczekać upalne, drażniące godziny dnia i w spokoju, w bladości lica, ze skórą wciąż alabastrową dotrwać do upragnionego mroku wieczoru. Dla zdrowia więc i przyjemności wzajemnej, wraz z przyjaciółmi memi, samoczwart w południowej prowincji Śląska Dolnego czwarty już Jerseycon zorganizować zdołali.