Autor: Grzesiek

Time of Crisis

W trzecim wieku naszej ery po trwającym niemal 250 lat Pax Romana (pokoju rzymskim) nie ma śladu. Zasady rządzenia ustanowione jeszcze przez cesarza Oktawiana Augusta ponad dwa wieki wcześniej zapewniły Imperium rozwój i względny spokój – tak na granicach jak i wewnątrz. Porządek, który miał trwać wiecznie właśnie zaczął kruszeć. Po śmierci cesarza Aleksandra Sewera w 235 roku Rzym pogrąża się w kryzysie politycznym i gospodarczym mającym trwać przez blisko 50 kolejnych lat. Rozciągnięte na wiele tysięcy kilometrów Imperium nie jest w stanie zapewnić legionów do ochrony na całej długości granic. Barbarzyńcy bez większych problemów przedzierają się przez limes i choć nie stanowią siły, która w tym czasie jest w stanie zagrozić istnieniu Cesarstwa, to jednak uprzykrzają życie jego mieszkańcom, powodują upadek handlu i wyludnienie rubieży. Potrzeba nowych legionów wymaga nałożenia kolejnych podatków, co nie pomaga w zyskaniu przychylności wewnątrz kraju i jak się okazuje nie jest w stanie pokryć wszystkich kosztów. Dochodzi zatem do zepsucia monety (denar z początku III wieku zawierał niemal 50% srebra, w połowie wieku zaledwie 5%) i wzrostu inflacji.

Picket Duty: Kamikaze Attacks against U.S. Destroyers – Okinawa, 1945

W 1945 roku upadek Cesarstwa Japońskiego był już przesądzony, taktyka żabich skoków zaproponowana przez MacArthura okazała się skuteczna, a Amerykanie przejmowali kolejne archipelagi na Pacyfiku przybliżając się do Wysp Japońskich. Ostatnimi przyczółkami na drodze do celu były Iwo Jima i Okinawa. Nie oznacza to, że Amerykanie mieli już z górki – wręcz przeciwnie – im bliżej wysp macierzystych, tym japoński opór był bardziej stanowczy i ciężkie walki rozgrywały się o każdy bunkier, każdą jaskinię czy jamę. Po zakończeniu krwawych bitew o ostatnie potrzebne bazy wypadowe pojawiła się niepokojąca myśl. Mianowicie dowództwo amerykańskie uznało, że skoro zdobycie dwóch stosunkowo niewielkich wysp doprowadziło do śmierci tysięcy żołnierzy, to atakowanie Wysp Japońskich zbierze żniwo wręcz niewyobrażalne. Myśl ta doprowadziła w krótkim czasie do wzmożonych nalotów dywanowych, a ostatecznie do użycia broni atomowej.

A Few Acres of Snow

Nie ma wielu gier, do których wracałbym równie chętnie, jak do A Few Acres of Snow. W przeciągu minionych 7 lat od wydania, niczym targana morskimi falami bezbronna łupina orzecha tytuł ten przybliżał się do mnie, to znów oddalał, popadając niemal w zapomnienie. Zawsze jednak myśl o nim nieśmiało tliła się gdzieś z tyłu głowy i co pewien czas powracała, rozpalając pragnienie powtórnego sięgnięcia. Do dziś jest to gra, w którą – obok Brassa – zagrałem najwięcej razy, i którą mimo upływu czasu bardzo cenię.

Planszowe cele 2018

PSGP dwa dni temu obchodziło swoje trzecie urodziny. Hip hip! Z okazji Nowego Roku chciałbym życzyć wszystkim Czytelnikom – a więc mamie, Jankowi i Jackowi… (to żart, moja mama nie wie o istnieniu tego bloga) – wszelkiego dobrodziejstwa jakie sobie wymarzą. Nie mogę powiedzieć żebyśmy byli jakoś specjalnie prężnym serwisem, bliżej nam raczej do oposów w stanie zagrożenia niż gepardów w pogoni, ale próbujemy, staramy się i jakiś dorobek mamy. Jako, że nastał czas noworocznych postanowień i ja postanowiłem coś postanowić. Już kiedyś miewałem plany, w roku 2014 miałem zamiar rozegrać 100 partii – skończyło się chyba na 31. W roku 2015 rozpocząłem prowadzenie bloga – rezultat widać gołym okiem (no próbujemy, no). W 2016 Jacek zachęcił mnie do stworzenia listy 10×10 solo (czyli co najmniej 10 samotnych rozgrywek w każdy z 10 wybranych tytułów). Wybrałem dzielnie 10 gier, później zmieniłem kilka z nich (to nazwałem urealnieniem), a ostateczny wynik mojego 10×10 solo wyniósł… 2. W 2017 porzuciłem wszelkie postanowienia i muszę przyznać, że wyszło idealnie. Niemniej 2017 jest już rokiem starym, a ja mam jeszcze co nieco do udowodnienia. Rok 2018 będzie stał pod znakiem gier wojennych!

Pionek XXVIII

Wśród wszelkich imprez planszówkowych, na których dane mi było być, Pionek zawsze zajmował w mym sercu miejsce szczególne. Być może dlatego, że był “tym pierwszym”, który odwiedziłem. Być może dlatego, że wyjazd na Śląsk, choć wyprawą polarną nie jest, to ma w sobie znamiona podróży, do której trzeba się przygotować, powziąć plany i przygotować bieliznę na zmianę. Jeśli dobrze liczę, był to mój piąty wyjazd (co przy imponującej liczbie 28 widniejącej przy ostatniej edycji może nie robić wrażenia) i w związku z tym konwent w Gliwicach/Zabrzu jest najczęściej przeze mnie odwiedzaną imprezą (nie liczę Jerseyconów, bo tu wyjazd ogranicza się do przejścia z kanapy do stołu i zaczekania na kolegów – i upieczenia ciasta! przyp. Jan). Pionek to fantastyczne miejsce do poznania nowych tytułów, zagrania w dawno nieruszane “półkowniki”, a przede wszystkim do spotkania z innymi ludźmi. Pionek to nie tylko dwudniowe spotkanie graczy na dużej sali, bo gdy gasną ostatnie światła i dzień imprezy zbliża się ku końcowi, w okolicznych hotelach zaczyna się swoiste pionkowe “afterparty”, które trwa do późnych godzin nocnych, a w niektórych przypadkach wczesnoporannych. Noc przy planszy, w mniej gwarnej atmosferze, przy dobrym trunku dostarcza wspaniałych wrażeń. Następnego ranka człowiek budzi się zmęczony, ale i szczęśliwy – zwłaszcza, jeśli jest w stanie sobie przypomnieć jak przebiegała miniona noc. Poniżej przedstawiamy wrażenia redakcji z rozgrywek w poszczególne tytuły.