7 Cudów Świata

7 Cudów Świata miałem na radarze… w zasadzie odkąd zacząłem interesować się grami planszowymi bardziej “na poważnie”. Polecana przez znajomych, przez wszystkie listy “essential games for beginners”. Na moje szczęście (a czasem nieszczęście), zanim coś kupię, dziesięć razy się zastanawiam. I tak minęły 4 lata, a ja 7 Cudów ostatecznie dostałem w prezencie pod choinkę. Czas więc, żeby coś o grze napisać (bo jak zacznę się nad tym zastanawiać, to usłyszymy się za kolejne 4 lata).

Wrażenie wizualne było bardzo pozytywne. Solidnie wykonane plansze cudów oraz żetony – kawał porządnego kartonu, który po kilkunastu rozgrywkach nadal wygląda jak nowy. Ładne grafiki na kartach i samych planszach. Nie da się pomylić okresu oraz tematyki gry. Po pierwszym rzucie oka przyszły mi na myśl cyfrowe tytuły takie jak Faraon czy Zeus Pan Olimpu.

Drugą rzeczą była wygodna wypraska. Jest osobne miejsce na żetony, karty każdej Ery, plansze Cudów. Przechowanie i setup – i tak już banalnie prosty i szybki – jest jednocześnie przyjemny.

Wszystko na swoim miejscu.

À propos “kart Ery”. 7 Cudów to, jak zdążyłem się nauczyć, drafting game. Całość opiera się na wystawianiu kart o przeróżnym znaczeniu: surowców, dóbr, handlu, militarnych, itd., które generują nam zasoby, pieniądze lub punkty zwycięstwa, za które możemy kupować droższe i lepsze karty, i przybliżać się do wygranej, krok po kroku powiększając machinę produkcyjną, budując potęgę naszej cywilizacji.

Mechaniczną ciekawostką jest dla mnie to, że karty “wędrują” dookoła stołu. Wszyscy jednocześnie wybierają swoje budowle, po czym przekazują karty do gracza po lewej (lub prawej, zależnie od Ery) stronie. Gdy wszystkie zostały zagrane, rozpoczyna się Era numer dwa, czyli to samo z lepszym zestawem kart. Cała rozgrywka trwa trzy rundy. 7 Cudów jest dzięki takiej asynchroniczności szybkie i dynamiczne, nawet przy większej liczbie graczy.

Różnorodność typów kart oraz związanych z nimi warunków zwycięstwa, pozwala na obranie kilku ścieżek rozwoju. W teorii. W praktyce fakt, że karty krążą, uniemożliwiał mi jakieś rozsądne planowanie. Swoje ruchy częściej dostosowywałem w locie, bazując na zestawie, który aktualnie miałem przed sobą. Nawet jeśli udawało mi się doprowadzić jakieś zamierzenia do końca, to i tak okazywało się, że wszyscy gracze oscylują w tej samej granicy punktów. Czułem, że mogłem wystawiać karty losowo – co akurat pasowało – i skończyłbym nie gorzej.

Początki wielkiej cywilizacji.

Nie pomaga fakt, że bezpośredni wpływ mamy tylko na osoby po swojej lewej i prawej stronie. Tylko z nimi możemy prowadzić handel (kupować surowce lub dobra, których brakuje w naszym mieście) lub działania militarne (porównanie punktów siły z odpowiednich budynków). Powoduje to, że każdy sobie rozgrywa pasjansa, a potem okazuje się, że wygrał ktoś z drugiej strony stołu. Dlatego moimi ulubionymi partiami były te 3-osobowe, wtedy czuć, że faktycznie rywalizujemy między sobą. Wariantu dwuosobowego nie udało mi się jeszcze sprawdzić.

Niemniej w 7 Cudów gra mi się bardzo przyjemnie. Zasady są proste, gra jest szybka, budowanie miasta i patrzenie jak mechanizmy i produkcja zaczynają działać sprawia dużo frajdy. Ostatecznie można nieco pokombinować z różnymi strategiami i poprowadzić swoją cywilizację w określonym kierunku – czy to zbudować potęgę naukową, militarną, czy może skupić się na rozbudowie Cudu w naszym mieście i zdolnościach specjalnych. Same karty Cudów są dwustronne, więc można również nieco podnieść poziom trudności. Partie trwają krótko (ok. 15-20 min) co pozwala na rozegranie kilku w rozsądnym czasie. Potwierdziło się, że gra pasuje do kategorii “essential games for beginners”, podoba się początkującym w świecie planszówek (przynajmniej w mojej grupie, przez co przymykam oko na jej wady :D). 7 Cudów Świata zapełniło mi niszę gier na większą (7) liczbę graczy, która nie jest grą imprezową, więc będę do niej nadal wracał.