Dlaczego gram sam i wcale nie jest mi smutno

Ktoś czytający tego bloga może odnieść wrażenie, że moje hobby ogranicza się do rozgrywek toczonych gdzieś w ukrytej jaskini na wyspie Samotności. Nie jest to cała prawda, ale faktycznie z powodu trudności w umówieniu się na granie z kolegami (tak, wiem, mogłem się nie wyprowadzać z miasta ;-)), wariant solo jest dla mnie czymś mile widzianym, a im bardziej emocjonujący tym lepiej.

 Być może to znak nowych czasów, bo jeszcze 5 lat temu wariant solo był czymś rzadko spotykanym, przynajmniej jeśli chodzi o tzw. eurogry (w grach wojennych istniał od dawna). Jeśli gra dopuszczała samotne granie, to zazwyczaj było to na zasadzie ciekawostki, a nie pełnoprawnego wariantu rozgrywek. Wiele wariantów solo powstało również po wydaniu tytułu i zostało stworzonych przez fanów przy większej lub mniejszej aprobacie ze strony twórców oryginału (warianty solo do różnych gier na BGG). Obecnie wiele nowych tytułów od początku przewiduje samotną zabawę i często przebieg rozgrywki nie odbiega znacząco od wariantów wieloosobowych.

W rozgrywkach samotnych lubię, gdy gra potrafi graczowi dokopać. Chcę mieć poczucie, że musiałem walczyć i zwycięstwo zostało wydarte albo zginąłem próbując. Nie fascynują mnie gry, w których kolejna rozgrywka jest próbą pobicia rekordów punktowych z gier wcześniejszych. Próbowałem grać samotnie w Agricolę i z początku, gdy moja fascynacja tą grą była duża faktycznie to lubiłem. Aktualnie nie zasiadłbym do Agricoli samotnie, w sumie nie wiem, czy miałbym ochotę na granie w nią w ogóle ;-) O dziwo nie przeszkadza mi zdobywanie punktów w 51. Stanie – po prostu lubię tę grę od zawsze i chyba na zawsze.

Nie gram w gry małe. Próbowałem bawić się w gry typu Onirim czy Piętaszek i szczerze mówiąc, zamiast grać w nie wolę porobić coś innego – w ostateczności zagrać jeden mecz w Fifę, co powinno zająć mniej więcej tyle samo czasu. Gra musi być pełnoprawnym tytułem, mięsistym, a nie alternatywą dla windowsowego sapera. Takie tytuły jak Leaving Earth czy Hapsburg Eclipse są więc w sam raz.

Uważam też, że niektóre gry są grywalne tylko i wyłącznie w pojedynkę. Przede wszystkim mam na myśli gry kooperacyjne, których po prostu nie cierpię. Lubię współzawodniczyć i lubię, gdy wyłaniany jest zwycięzca, więc gry typu „wygrywamy razem, albo wszyscy przegrywamy” do mnie nie przemawiają. Mówisz kooperacja i w tym miejscu się zgubiłem. Jeśli miałbym grać w grę kooperacyjną, to jedynie jeśli spełnione zostałyby dowolne z poniższych warunków:

  1. gra jest ze zdrajcą, a w grze uczestniczy więcej niż 3 graczy
  2. gra jest semi-kooperacyjna, czyli mimo, że wiele rzeczy robionych jest wspólnie, gracze mogą przegrać wspólnie, to jednak zwycięzca jest jeden
  3. gra pozwala grać samotnie

Ostatni warunek jest na szczęście bardzo częsty w przypadku gier kooperacyjnych. Jedną z moich ulubionych gier, w które lubię grać samotnie jest właśnie kooperacyjny Władca Pierścieni Gra karciana (LCG).

Od jakiegoś czasu próbuję zmierzyć się z grami wojennymi, choć tutaj cała sprawa rozbija się najczęściej o nieprzyjaźnie napisane kilkudziesięciostronicowe instrukcje, ale wciąż będę próbował i wierzę, że pewnego dnia mi się uda. Choć nie ukrywam, że długi setup niektórych tytułów mnie przeraża.

Jak widzicie granie samotne, choć w moim przypadku nieco wymuszone, nie jest powodem do smutku i nie musi oznaczać całkowitej alienacji społecznej. Poza tym zawsze można później opisać swoje wrażenia na blogu i udawać, że bierze się czynny udział w społeczności graczy ;-)

  • Mogłeś nie wyprowadzać się z miasta.

    p.s.
    Kiedy Jerseycon?