Cho na solo

Z racji tego, że luty to miesiąc samotności, postanowiłem powrócić z tematem gier solo. Grzesiek zdążył już opisać dlaczego taką wersję rozgrywki lubi, coś tam nawet zrecenzował, a ja od dłuższego czasu szukam swojego jednorożca. Próbowałem z Conflict of Heroes, które zresztą spełniło wszystkie moje wymagania do samotnej rozgrywki, jednak roszady na półkach tego tytułu nie oszczędziły. Obecnie w swoich zbiorach mam cztery tytuły pozwalające na samodzielną rozgrywkę i w najbliższym miesiącu spróbuję je po kolei ograć i opisać. Może taka publiczna deklaracja podziała jak pejcz naczelnego.

Zanim zaczniemy delektować się przysłowiową truskawką na torcie, małe wprowadzenie – skąd w ogóle pomysł samotnego grania?

W dzisiejszych czasach gry planszowe często widziane są jako remedium na wszędobylskie komputery i smartfony. Co prawda planszówki są znacznie starsze niż elektroniczna rozrywka, czego dowód możemy znaleźć choćby we wrocławskim muzeum, to jednak swoją drugą młodość i chyba największą w historii popularność przeżywają od stosunkowo niedawna. Planszówki masowo przyciągają do siebie już nie tylko wszelkiej maści nerdów, ale pozwalają nawet połączyć różne pokolenia, które do tej pory do wspólnego stołu schodziły się jedynie na okrzyk „obiad!”.

Nasze hobby to jednak głównie gry towarzyskie – nawet jeśli wymagają ledwie jednego kompana do zabawy. Po co więc komu tryby, czy nawet dedykowane gry solo? Nie lepiej po prostu odpalić Wieśka na PC-cie? Ok, tryb solo można jeszcze usprawiedliwić chęcią potrenowania, wypracowania strategii, czy choćby opanowania zasad. Ale, żeby grać dla przyjemności?

Gry solo mają jednak swoich wielbicieli, czego dowodem spora ilość wątków na popularnym forum. Dla mnie to taki rak na bezrybiu – nie mam z kim grać, to chociaż spróbuję sam. Szukam jednak tytułu, który będzie wymagał czegoś więcej niż samego szczęścia do zwycięstwa, a rozgrywka nie będzie nudna i pozbawiona emocji jak wykładanie kart w pasjansie. Czegoś, co wciągnie opowiadaną na planszy historią, ale pozwoli faktycznie wpływać na jej przebieg. W końcu czegoś, co nie jest jedynie logiczną łamigówką, którą da się zaplanować od początku do końca idealnym algorytmem.

Brzmi jak zadanie niemożliwe do wykonania. Sprawdzę czy coś z zestawu: 51. Stan, John Company, 1944: Wyścig do Renu oraz Churchill choć trochę zbliży się do wymarzonych cech, czy pozostanie jedynie opcją towarzyską, a do trybu „forever alone” pozostanie elektroniczny Wiesiek.

One Pingback/Trackback