Cho na solo

Z racji tego, że luty to miesiąc samotności, postanowiłem powrócić z tematem gier solo. Grzesiek zdążył już opisać dlaczego taką wersję rozgrywki lubi, coś tam nawet zrecenzował, a ja od dłuższego czasu szukam swojego jednorożca. Próbowałem z Conflict of Heroes, które zresztą spełniło wszystkie moje wymagania do samotnej rozgrywki, jednak roszady na półkach tego tytułu nie oszczędziły. Obecnie w swoich zbiorach mam cztery tytuły pozwalające na samodzielną rozgrywkę i w najbliższym miesiącu spróbuję je po kolei ograć i opisać. Może taka publiczna deklaracja podziała jak pejcz naczelnego.

Zanim zaczniemy delektować się przysłowiową truskawką na torcie, małe wprowadzenie – skąd w ogóle pomysł samotnego grania?

Stworze – pierwsze wrażenia

Lubię przygotować się do spotkań z grami. Jeśli sam ich nie organizuję, to zawsze sprawdzam tytuły zaproponowane przez pozostałych. Tym razem ustaliliśmy, że pojawi się pięć osób (święto!) i będzie to idealny moment, żeby przetestować kupioną niedawno przez organizatora przygodową grę w słowiańskich klimatach – Stworze. Niemal od razu zapalono jednak czerwoną lampkę — instrukcja jest beznadziejna i nie wiadomo do końca jak w to grać. Zgodnie z moim postanowieniem, sam zajrzałem do zasad. Jako że wszyscy mieli grać po raz pierwszy, ustaliliśmy, że sprawdzamy tylko sekcję podstawową. Nie wydała mi się przesadnie skomplikowana, chociaż muszę przyznać, że była napisana dość chaotycznie. Nie spodziewałem się jak bardzo będę zaskoczony podczas samej rozgrywki.

Jerseycon idzie na wojnę

Pechowy ze mnie gracz. Mój ulubiony gatunek planszówek to gry wojenne, a te wymagają zwykle do rozgrywki dwóch graczy. Ni mniej, ni więcej. Pech polega na tym, że zdecydowana większość moich przyjaciół od kufla planszy preferuje rozgrywki wielosobowe, a zapach napalmu o poranku w najlepszym wypadku nie robi na nich wrażenia. W najgorszym powoduje odruch wymiotny. Pech polega na tym, że mój ulubiony gatunek gier docenia regularność w rozgrywkach, by płynnie poruszać się w zasadach i odkrywać głębię możliwych strategii. W końcu, pech polega na tym, że mój ulubiony gatunek gier jest zwykle dość czasochłonny, a tytuły wymagające poświęcenia 2-3 godzin kwalifikują się do tych szybszych.

Czasami jednak i do pechowca uśmiechnie się słońce, a na kości wypadnie sześć oczek. W miniony weekend, wraz z Grześkiem, udało się – tradycyjnie i pechowo ze sporym opóźnieniem – odkurzyć (albo pozbawić folii) trzy tytuły: Fields of Despair, Wilderness War oraz Heroes of Normandie. Co prawda pojedyncze – jeśli nie dziewicze – rozgrywki to zdecydowanie za mało na recenzję, ale przedstawienie każdego z tytułów w telegraficznym skrócie, wraz z pierwszymi wrażeniami raczej im nie zaszkodzi. Tym bardziej, że odbiór był pozytywny.

7 Cudów Świata

7 Cudów Świata miałem na radarze… w zasadzie odkąd zacząłem interesować się grami planszowymi bardziej “na poważnie”. Polecana przez znajomych, przez wszystkie listy “essential games for beginners”. Na moje szczęście (a czasem nieszczęście), zanim coś kupię, dziesięć razy się zastanawiam. I tak minęły 4 lata, a ja 7 Cudów ostatecznie dostałem w prezencie pod choinkę. Czas więc, żeby coś o grze napisać (bo jak zacznę się nad tym zastanawiać, to usłyszymy się za kolejne 4 lata).

A Few Acres of Snow

Nie ma wielu gier, do których wracałbym równie chętnie, jak do A Few Acres of Snow. W przeciągu minionych 7 lat od wydania, niczym targana morskimi falami bezbronna łupina orzecha tytuł ten przybliżał się do mnie, to znów oddalał, popadając niemal w zapomnienie. Zawsze jednak myśl o nim nieśmiało tliła się gdzieś z tyłu głowy i co pewien czas powracała, rozpalając pragnienie powtórnego sięgnięcia. Do dziś jest to gra, w którą – obok Brassa – zagrałem najwięcej razy, i którą mimo upływu czasu bardzo cenię.